Weta Workshop: czyli moja przygoda z Nową Zelandią i kilka słów o spełnianiu niespełnialnych marzeń

 

Jeżeli spróbujesz przekonać mnie, że niektórych marzeń (jak tych najbardziej abstrakcyjnych) nie da się spełnić, to powiem Ci, abyś popukała się w głowę… Moje marzenie o podróży do Nowej Zelandii dręczyło mnie co najmniej od siedmiu lat, jak nie dłużej. Nie dosyć, że udało mi się je spełnić i zdobyć ten cudowny i tajemniczy kawałek ziemi, to na dodatek odczułam namacalnie magię pracy Weta Workshop, która ma tam swoją siedzibę.

 

Hanna Zygmanowska

Żadne plakietki „Don’t touch” nie były w stanie mnie powstrzymać 😉 Źródło: http://www.whynot-travel.pl/

Dzisiaj trochę prywaty. Dawno, dawno temu, a dokładniej dwa lata temu wstecz, miałam to szczęście, by znaleźć się w Nowej Zelandii i zakosztować piękna jej klimatu. Każdy ma swoje marzenia. Moim od dawna było zwiedzenie tego kraju, a przy okazji zgłębienie (na ile to możliwe) pracy Weta Workshop i podziwianie ich arcydzieł na własne oczy.

Było to tak dawno temu (prawdopodobnie, gdy powstawała druga lub trzecia część „Władcy Pierścieni”), że nawet nie pamiętam dokładnie kiedy i gdzie po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu tej organizacji. Pewnie część z Was również o niej nie słyszała do dnia dzisiejszego, dlatego może najpierw przybliżę o czym mowa.

 

Weta Workshop? Co to takiego?

Jest to firma, która jest odpowiedzialna za wszelkie efekty specjalne, pojawiające się w całej trylogii „Władcy Pierścieni” czy w „Hobbicie”. Z tych produkcji zasłynęli najbardziej, ale to nie znaczy, że w swoim dorobku nie posiadają innych pozycji. Pełna lista produkcji TUTAJ.

Pracują tam najznakomitsi artyści. Około 90% osób zatrudnionych w Weta Workshop to Kiwi People czyli rodowici Nowozelandczycy. Niechętnie zatrudniane są osoby spoza kraju, co sprawia, że szanse na dostanie się do Weta Workshop są nikłe ;]

Władca Pierścieni

Źródło: http://www.whynot-travel.pl/

 

Z wizytą w Weta Workshop

W Wellington, gdzie mieści się główna siedziba WW, jest możliwość wybrania się na zwiedzanie fragmentu ich pracowni. Oprowadzającym jest jeden z pracowników, artysta wykonujący te niesamowite protezy oraz sztuczne elementy. Na samym wejściu dostajemy informację o zakazie fotografowania w środku. No cóż, fotorelacją ze środka Was nie uraczę 😉

Już na początku dostaję gęsiej skórki… Odlewy twarzy Elijah Wood i Martin Freeman’a, repliki broni z filmu „Chappie”, kostium Legolasa. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Nasz przewodnik raczył nas barwnymi historiami z planów filmowych oraz z samego procesu wykonywanych prac. Wychodząc stamtąd oczywiście miałam niedosyt. Było to tylko muśnięcie „życia Weta Workshop”. Z jednej strony tak bardzo nieosiągalny cel, a z drugiej – tak! Udało mi się! Dotarłam tam, dokąd chciałam, aż nasuwa się na usta veni, vidi, vici 😉

Niesamowite, jak bardzo moja kreatywność nagle się rozbudziła, i to zaraz po wyjściu z ich pracowni. Zaczęłam snuć plany, w jakich kierunkach chcę się rozwijać zawodowo, co jeszcze chcę osiągnąć. Każdemu raz na jakiś czas przydaje się taki kopniak motywacyjny do działania.

Hanna Zygmanowska

Źródło: http://www.whynot-travel.pl/

 

Ślady Weta Workshop w całej Nowej Zelandii

Ich siedziba w Wellington nie jest jedynym miejscem, w którym można natknąć się na ślady Weta Workshop. Są one dosłownie wszędzie, na obu wyspach. W wielu miejscach stoją figury przedstawiające postaci z „Władcy Pierścieni”. Warto jednak pamiętać, że WW to coś więcej niż tylko ten film. Wraz z moją przyjaciółką miałyśmy szczęście odwiedzać Nową Zelandię w okresie, gdy powstawała wystawa Gallipoli: The scale of our war – upamiętniająca jedną z większych bitew podczas I Wojny Światowej. Z pewnością sama wystawa tak by nas nie zaciekawiła, gdyby nie fakt, że w jej przygotowaniu uczestniczyła Weta Workshop. Na potrzeby wystawy zostały stworzone postacie ogromnych rozmiarów, które odgrywały scenki rodzajowe z okresu bitwy. Można by rzec, że w tym nadal nie ma nic wyjątkowego, gdyby nie to, że postacie były wykonane z niesamowitą precyzją i dokładnością. Każda z nich mierzyła ok. 5 m i każda jedna wyglądała jak żywy wielkolud! Mnogość detali i kunszt pracy zapierał dech w piersiach. Brud za paznokciami, gnijące rany, skóra schodząca z uszu od poparzenia słonecznego, przebarwienia na tkaninach od potu…to tylko kilka przykładów. Macie jeszcze czas do kwietnia 2019, aby wybrać się na tę wystawę 😉

TUTAJ więcej na temat produkcji figur.

Hanna Zygmanowska

Źródło: http://www.whynot-travel.pl/

 

Hanna Zygmanowska

Źródło: http://www.whynot-travel.pl/

 

Hanna Zygmanowska

Źródło: http://www.whynot-travel.pl/

Co ja z tego wyniosłam?

Wizja, by któregoś dnia zacząć pracować w Weta Workshop, oddaliła się Umiejętności, jakie posiadają zatrudnieni tam ludzie, wydają się być niedoścignione. Cieszę się ogromnie, że mogłam zobaczyć na żywo tak wiele rzeczy związanych z wytwórnią, ale jednocześnie pogodziłam się, że praca w WW powinna na zawsze pozostać w sferze marzeń. I jest mi z tym dobrze 🙂 Jednocześnie zakochana po uszy w Nowej Zelandii cieszę się, że mogłam ją zobaczyć i doświadczać jej przez dwa i pół miesiąca, ale jak dla mnie jest to nadal troszkę za daleko od domu i bliskich… Czas poszukać kolejnej destynacji, trochę bliżej.

Lord of the Rings

Źródło: http://www.whynot-travel.pl/

1 Comment

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *